Refleksje

Żałoba po tym, co zostało

Emigracja to zawsze wielokrotna strata. Kiedy człowiek się przeprowadza, wydaje się, że traci jedną dużą rzecz pod nazwą «kraj». W rzeczywistości traci dziesiątki małych rzeczy jednocześnie, i każda wymaga żałoby, ale czasu i sił na to nie ma, bo trzeba uczyć się języka, znaleźć pracę, załatwić dokumenty, zrozumieć, jak działa medycyna, nie zwariować od biurokracji.

Lista tego, co się traci, wygląda mniej więcej tak. Dom fizyczny: mieszkanie, meble, które gromadziły się latami, okno, z którego był znajomy widok. Dom społeczny: sąsiedzi, których znasz z widzenia, sprzedawczyni w piekarni, lekarz, u którego leczyłeś się dwadzieścia lat. Tożsamość zawodowa: koledzy, doświadczenie, które tu się nie liczy, dyplomy, których nie uznają, reputacja, którą budowałeś latami i której nie da się przewieźć. Język w codzienności: poczucie, że jesteś w nim dowcipny, że władasz niuansami, że rozumieją cię w pół słowa. Ciało w środowisku: znajomy klimat, produkty, o których wiesz, jak je używać, rytm życia. Rodzina: rodzice, którym pomagałeś, przyjaciele z dzieciństwa, siostrzeńcy rosnący bez ciebie. Kod kulturowy: żarty, które rozumiesz, odniesienia, które rozpoznajesz, muzyka, która grała w tle w młodości.

Każdy punkt to strata. Każda strata wymaga pracy żałoby. Praca żałoby zabiera energię. Kiedy traci się jedno, psychika sobie radzi. Kiedy traci się trzydzieści jednocześnie, psychika zaczyna oszczędzać. Odkłada żałobę, zamraża część procesów, czasem całkowicie wyłącza wrażliwość na pewne obszary życia. Tak powstaje dziwny stan emigracyjnego odrętwienia, który wielu opisuje rok czy dwa po przeprowadzce. Żyję, pracuję, wszystko u mnie normalnie, a coś jednak nie cieszy.

To nie depresja w klasycznym sensie. To odłożona żałoba. Psychika powiedziała: zajmijmy się pilnym, a to potem. Potem zapomina o tym. I utyka w trybie oszczędzania wrażliwości.

W praktyce widzę, jak klienci po raz pierwszy pozwalają sobie opłakiwać konkretny drobiazg i odkrywają, że za tym drobiazgiem stoi ogromny wolumen nieprzeżytego. Jeden klient opowiadał o konkretnym kubku, który zbił się przy przeprowadzce. Rozpłakał się, kiedy go wspominał. Kubek kosztował grosze, ale było w nim poranne wszystkich jego dorosłych lat. Kiedy go opłakał, puściło coś większego.

Psychika jest tak zbudowana, że nie umie opłakiwać abstrakcji. «Straciłem kraj», zbyt duże. «Straciłem poranny rytuał z tym kubkiem», wykonalne. I przez małe można przejść do większego.

W pracy z żałobą jest koncepcja zwana zadaniami żałoby, autorstwa Williama Wordena. Cztery zadania: uznać fakt straty, przeżyć ból straty, zaadaptować się do środowiska, w którym utraconego już nie ma, znaleźć sposób na utrzymanie więzi z utraconym i jednocześnie żyć dalej. Emigranci często utykają na trzecim. Nie adaptują się, bo adaptacja czuje się jak zdrada tego, co zostało. Jeśli zacznę normalnie żyć tutaj, znaczy że to, co było tam, było nieważne, znaczy że odrzucam swoich, znaczy że jestem zły.

To pułapka. Adaptacja nie unieważnia utraconego. Jest miejscem, w którym utracone nadal jest, ale w postaci pamięci, a nie w postaci dziury.

Co pomaga z zadaniami żałoby? Nie spieszyć się. Nie próbować przejść ich w tydzień. Zauważać, że to czy inne zadanie jest teraz aktywne. Jeśli przychodzi ból straty, dać mu miejsce, nie zagłuszać serialami, jedzeniem i pracą. Jeśli pojawia się poczucie zdrady, kiedy budujesz nowe życie, zauważyć je jako objaw utknięcia na trzecim zadaniu, a nie jako głos sumienia.

I jeszcze: opłakiwać można nie samemu. Emigranci często nie mają kręgu, w którym można mówić o stratach. Przyjaciele z domu się obrażają: wybrałeś, to teraz się skarżysz. Nowi znajomi nie rozumieją: oni nigdy tam nie żyli. Psychoterapeuta to jedna z opcji. Grupy dla emigrantów inna. Listy do siebie samego, dziennik, nagrania audio też działają.

Kiedy żałoba po opuszczonym dostaje ujście, w psychice uwalnia się zasób na to, co można zbudować tutaj. Wcześniej tego zasobu nie ma, bo cały idzie na utrzymanie tego, co nie wygasło.

wszystkie rozdziały