Filozofka Hannah Arendt napisała w 1943 roku krótki esej «My, uchodźcy». Jest tam zdanie: «Straciliśmy nasz dom, co oznacza zażyłość codziennego życia. Straciliśmy nasze zajęcie, co oznacza pewność, że jesteśmy choć trochę użyteczni w tym świecie. Straciliśmy nasz język, co oznacza naturalność reakcji, prostotę gestów, swobodne wyrażanie uczuć».
Opis stanu jest rozpoznawalny.
Tożsamość to nie jedna rzecz. To zestaw ról, nawyków, kontekstów, w których człowiek rozpoznaje siebie. Zawód. Rola rodzinna. Przyjaciel takiej a takiej kompanii. Sąsiad. Klient w tym sklepie. Parafianin tej świątyni albo bywalec tej kawiarni. Członek tej grupy społecznej. Nosiciel tego kodu kulturowego. Kiedy następuje przeprowadzka, większość tych oparć znika jednocześnie albo staje się niewidoczna. Profesjonalista tu nie jest profesjonalistą, bo dyplomu nie uznają. Syn czy córka tu nie jest synem ani córką, bo rodziców nie ma obok. Przyjaciel kompanii jest tu samotny. Bywalec kawiarni jest tu tylko nowo przybyłym.
Powstaje dziwny stan: jestem niby ten sam, ale mnie tu nie ma. Jestem jak dźwięk w lesie: technicznie istnieję, ale jeśli nikt nie słyszał, czy byłem.
W psychologii istnieje model akulturacji, który opracował John Berry w latach siedemdziesiątych. Zaproponował dwa pytania: na ile ważne jest zachowanie własnej kultury wyjściowej i na ile ważne jest przyjęcie nowej. Z tych dwóch pytań wynikają cztery strategie. Asymilacja: nowa ważna, swoja nie ważna, człowiek rozpływa się w nowym otoczeniu, odrzuca przeszłość. Separacja: swoja ważna, nowa nie ważna, człowiek żyje w enklawie, nie integruje się, utrzymuje więzi tylko ze swoimi. Marginalizacja: ani swoja, ani nowa, człowiek wisi w powietrzu, nie należy do nikogo. Integracja: i swoja, i nowa, człowiek utrzymuje obie, przechodzi między nimi, korzysta z obu.
Berry pokazał, że integracja wiąże się z lepszym zdrowiem psychicznym. Marginalizacja z gorszym. Badano to wielokrotnie i potwierdza się. Ale integracja jest najtrudniejsza, bo wymaga utrzymywania dwóch układów współrzędnych jednocześnie, a czasem one są sprzeczne.
Większość klientów, którzy przychodzą do mnie z tematem tożsamości, znajduje się albo w marginalizacji, albo w ostrej fazie przejścia między stanami. Mówią: nie jestem już stamtąd, skąd wyjechałem, ale nie jestem też tutejszy. Jestem nikim. Ten nikt przeżywa się jako pustkę. Czasem jako wstyd. Czasem jako agresję w odpowiedzi na każde pytanie o tożsamość.
Co robię w pracy z tym. Najpierw uznaję, że stan jest realny i że jest nieprzyjemny. Potem rozkładam tożsamość na komponenty. Nie «jestem taki a taki narodowo» w całości, tylko: jaki mam język codzienności, w jakim języku myślę, w jakim widzę sny, w jakim piszę osobisty dziennik, w jakim klnę, kiedy boli. Jaką mam kuchnię, do jakiego klimatu przywykło ciało, które święta są dla mnie emocjonalnie ważne, które neutralne, które obojętne. Jakich autorów czytam, jakiej muzyki słucham w tle. Kim są moi bliscy ludzie i gdzie są fizycznie.
Tożsamość składa się z takich odpowiedzi. Okazuje się mozaikowa, i to jest normalne. Mogę myśleć w jednym języku, gotować kuchnię drugiego, żyć według grafiku trzeciego, świętować święta czwartej tradycji i czytać autorów piątej. To nie zdrada żadnej ze stron. To prawdziwy stan człowieka, który przeżył to, co przeżył.
Idea, że tożsamość musi być monolityczna, to idea dziewiętnastego wieku, epoki państw narodowych. Emigracja ją łamie, i wielu boli ta łamka. Ale za bólem jest wolność: można przestać wybierać jedną jedyną przynależność i zacząć istnieć jako człowiek o złożonej biografii.
Edward Said nazywał ten stan stanem wygnania i uważał, że ma swój epistemologiczny bonus: wygnaniec widzi obie kultury z boku, nie jest rozpuszczony w żadnej, i dlatego może zauważać to, czego miejscowi nie zauważają. To mała rekompensata wielkiej straty, ale jest realna.
Tożsamość nie jest obiektem. Jest procesem. U emigranta ten proces po prostu stał się widoczny dla niego samego, bo ziemia pod nogami się poruszyła. U miejscowych jest ukryty, bo ziemia stoi. I to może boleć, ale to też punkt obserwacji, niedostępny większości ludzi.
Kiedy klient przestaje próbować odpowiedzieć na pytanie «kim jestem» jednym słowem i zaczyna opisywać siebie jako zestaw odpowiedzi, lęk zwykle ustępuje. Na jego miejsce przychodzi coś spokojnego i złożonego. Nie radość, raczej stabilność.