To rozdział, który przepisywałem więcej niż inne, bo temat jest zwodniczo prosty. Emigrant jest samotny, trzeba się poznawać, stopniowo pojawią się swoi. Logika niby zdrowa, i zwykle nie działa.
W.G. Sebald napisał książkę «Wyjechali» o czterech ludziach, którzy zostawili ojczyznę w różnym czasie i z różnych powodów. W każdym portrecie ta sama dziwność. Są otoczeni ludźmi. Mają znajomych, kolegów, czasem rodziny. A jednocześnie każdy z nich jest samotny taką samotnością, której nie da się opisać liczbą kontaktów. To samotność świadka bez świadków. Nikt z tych, którzy są obok, nie widział ich przeszłości. Nikt nie może potwierdzić, że byli inni, że mieli inne życie, że należeli do innego świata.
W psychologii istnieje pojęcie świadków życia. To nie przyjaciele w zwykłym sensie. To ludzie, którzy wiedzą, jak ciebie woła mama, jak wyglądałeś w szkole, jakiego psa miałeś w dzieciństwie, jak brzmiał twój głos, kiedy chorowałeś w wieku dziesięciu lat. Świadkowie życia nie są wybierani świadomie. Pojawiają się dzięki długiemu wspólnemu czasowi. Kiedy człowiek przeprowadza się w wieku dorosłym, nowi świadkowie życia mu się nie pojawią. Nigdy. Można zdobyć bliskich przyjaciół, ale oni nie będą cię znali w wieku siedmiu lat, ani siedemnastu, ani dwudziestu pięciu. Będą cię znać od momentu poznania.
To nie katastrofa, ale to typ samotności, której nie leczy liczba znajomych. Można chodzić na pięć wydarzeń tygodniowo i pozostawać wewnątrz nieruchomym. Można budować duży krąg i nadal czuć, że nikt nie rozumie.
Co z tym zrobić. Po pierwsze, uznać, że to nie deficyt kontaktów i nie twoja osobista nieprzystosowalność. To strukturalna cecha emigracji. Nie trzeba jej leczyć jak objawu. Trzeba ją uznawać jako część warunków.
Po drugie, zachować więzi ze starymi świadkami życia, nawet jeśli geografia przeszkadza. To wymaga wysiłku. Wcześniej starzy przyjaciele byli obok sami z siebie, teraz trzeba ich utrzymywać świadomie. Regularne telefony, korespondencje tekstowe, wizyty raz na rok, jeśli to możliwe. Wielu emigrantów traci starych przyjaciół nie dlatego, że oddalili się emocjonalnie, ale dlatego, że nie inwestowali w utrzymanie więzi i więź uschła. Po pięciu latach trudno ją odbudować, po dziesięciu często już nie da się.
Po trzecie, budować nowych bliskich ludzi nie jako zamiennik starych, ale jako nowy typ bliskości. Ci ludzie poznają cię dorosłym. To inny format. Zobaczą, jak żyjesz teraz, i być może za dziesięć czy dwadzieścia lat staną się długoterminowymi świadkami tego okresu życia. Ale to będzie potem.
Po czwarte, osobno odnieść się do samotności świadka. Paradoksalnie, jednym ze sposobów pracy z nią jest stawanie się świadkiem samego siebie. Dziennik. Listy do siebie przyszłego. Nagrania audio, na których opowiadasz o swoim życiu. Zdjęcia z podpisami. Te praktyki wydają się dziwne, dopóki się ich nie zaczyna robić. Dają efekt podobny do obecności świadka.
Po piąte i trudne: znieść okres, w którym nowych bliskich jeszcze nie ma, a starzy są daleko. Ten okres trwa zwykle dłużej, niż się wydaje. Przyjaźń w wieku dorosłym wymaga wspólnego czasu, a wspólny czas gromadzi się wolno. Według badań Jeffreya Halla z University of Kansas, żeby znajomy stał się po prostu przyjacielem, potrzeba około pięćdziesięciu godzin wspólnego czasu. Żeby stał się bliskim przyjacielem, około dwustu. U emigranta te godziny gromadzą się wolno, bo wszyscy wokół też są zajęci, każdy ma swoje życie, a szanse na spędzenie wieczoru razem częściej niż dwa razy w miesiącu nie są wielkie. Dwieście godzin to pięćdziesiąt takich wieczorów. To dwa lata. Jeśli się poszczęści.
Dlatego pierwsze dwa-trzy lata na emigracji samotność to norma, nie patologia. Jeśli w tym okresie macie jednego czy dwóch ludzi, z którymi regularnie się spotykacie, to już dobrze. Jeśli nie, to nie znaczy, że coś z wami jest nie tak. Znaczy, że godziny jeszcze się nie nazbierały.
I ostatnie. Samotność emigranta ma jedną cechę, której mało kto zauważa. Częściowo słabnie, kiedy spotykacie innych emigrantów z podobnym doświadczeniem. Niekoniecznie rodaków. Podobne doświadczenie to przeprowadzka w wieku dorosłym, strata, adaptacja, zmęczenie tłumaczeniem siebie miejscowym. Kiedy dwóch emigrantów z różnych kontynentów siedzi przy herbacie, często rozumieją się natychmiast, bez słów, bo przeszli przez strukturalnie to samo. To nie zastępuje świadków życia. Ale daje inny zasób: świadków doświadczenia. I to już niemało.