Ta książka nie jest podręcznikiem ani zbiorem porad. Raczej mapą terenu, po którym każdy emigrant idzie mniej więcej sam, bo bliscy albo zostali w domu, albo adaptują się równolegle, własnymi trasami, i nie zawsze jest komu pokazać ścieżkę.
Emigracja zmienia człowieka w sposób, o którym rzadko się rozmawia. Część tych zmian jest przewidywalna. Część przychodzi znikąd, rok czy trzy po przeprowadzce, kiedy wydawało się, że wszystko już się ułożyło. Ciało zaczyna boleć bez powodu. Rozmowy z przyjaciółmi z poprzedniego życia stają się krótsze. Słowa w języku ojczystym czasem się zacinają, a jednocześnie nowy język pozostaje niewygodny. Radość staje się ostrożniejsza, jakby ktoś przyciszył głośność.
W mojej praktyce jako psychotraumatolog pracuję z rosyjskojęzycznymi osobami, które żyją na emigracji. Każdy ma swoją historię. Ktoś wyjechał dawno i spokojnie. Ktoś niedawno i z rozdarciem. Ktoś wciąż nie jest pewien, czy to emigracja, czy pobyt tymczasowy. Łączy ich jedno: procesy, które się w nich dzieją, zwykle nie mają nazwy. Kiedy nie ma nazwy, nie ma poczucia, że to normalne, i nie ma zrozumienia, gdzie koniec.
Książka ma osiem rozdziałów. Każdy o czymś jednym. Niejednoznaczna strata. Żałoba po tym, co zostało. Tożsamość, która już nie mieści się w starym opisie. Samotność wśród ludzi. Ciało, które pamięta to, co głowa już zapomniała. Dom, który został w słoiku zakonserwowanych wspomnień. Wina za to, że się wyjechało. A na końcu coś o oparciach, które działają.
Nie trzeba czytać po kolei. Można zacząć od rozdziału, który się odzywa. Jeśli żaden się nie odzywa, odłóż.
Pisałem ją dla tych, którzy poznają w niej siebie.